środa, 22 sierpnia 2007
Pożegnania są po to, aby były spotkania
Chcialam napisac o tym, co dzialo sie wczoraj, jakie dobre slowa uslyszalam podczas przygotowanej dla mnie pozegnalnej wieczerzy, z szampanem, jak szkliły się oczy podczas śpiewania " Він чекае на нені", jak wspaniale było leżeć przed kościołem w śpiworach i patrzeć na spadające gwiazdy, opowiadając o tym, co było tu najważniejsze, i śpiewając kolędy, jak wzruszająco było po raz pierwszy i ostatni zarazem o czwartej nad ranem wkradać się do domu przez okno... Ale tego się nie da opisać. Dramatyzuję. Wiem. Po prostu wsiadam dziś w pociąg, żeby móc tu wrócić. Może na dłużej... Będę pewnie w piątek rano w Krakowie, ale mam nadzieję, że uda się jeszcze wyjechać w jedno miejsce na weekend. Także spotkania ze mną proszę planować od poniedziałku ;) To ju jest koniec, tak myślę. Dzięki Wam, Czytelnicy różnej maści. Za pamięć, modlitwę, ciepłe słowa, czasem dobre rady. Kto wie, może to wszystko jakoś się powtórzy i znów będę Was tu zapraszać? Kto wie.... Agnieszka
niedziela, 19 sierpnia 2007
Zmiany planów
Mam trzy minuty, więc szybciutko. Nie będę opisywać tego, co sie tu teraz dzieje, bo nawet jakbym miała 3 godziny, nie starczyłoby czasu i pewnie sił, poza tym wkrótce wrócę i może opowiem... W każdym razie dużo i niezwykle czarująco. Jedna informacja istotna. Oddałam dzisiejszy bilet i jeszcze zostaję, chyba do środy. Więc nie czekajcie jutro z kwiatami na dworcu ;) Ech... Agnieszka
środa, 15 sierpnia 2007
Rybki, deszcz, szarlotka i Bruce Wiliams
Nie pojechalam do Mary. Pociąg na który poszłam nie istniał, wróciłam do domu i poczułam, że nie mogę jechać. Misza wymyślił jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, a pogoda nie zachęcała. Więc zostałam. Czemu zawsze jest tak, że im bliżej końca, tym lepiej, tym mniej chce się wracać? Kiedy wreszcie wszystko jest tak jak powinno, czuję się potrzebna, spełniona, kochana, zaprzyjaźniam się, zaczynam inaczej oddychać, codzienne wstawanie na modlitwy staję się przyzwyczajeniem i zarazem radością, rozumiem niemalże wszystko w tym obcym języku...Kiedy to miejsce staje się Domem... Wtedy właśnie przychodzi ten dzień, w którym trzeba spakować manatkii wyjechać. To też powinnam potraktować jako lekcję. Wolności. Od trzech dni duzo sie dzieje. Niespodzianka pt. Jula S. z Warszawy, potem ojciec amerykanin pochodzenia żydowsko- fastowskiego, szukający swoich korzeni, mieszka u nas i jest zabawnie mowię trzema językami na raz. W domku rewolucja, Ola z Wa-wy malowala różne super rzeczy w pokojach, w jednym drzewa, w drugim łąkę, w trzecim wodorosty. Ja zajęłam się wyrobem masy papierowej, co zajęło mi 24 h, a wczoraj i dziś lepiłam z niej rybki i inne orskie stworzenia, ktore pomalujemy i poprzyklejamy w owym wodnym pokoju. Jutro czeka mnie szycie zasłonek do wodnego pokoju, chcemy na niebieskim tiulu ponaszywać zielone wodorosty, ciekawe co z tego będzie... No i jutro przyjedze Mary (nie przyszła góra do Machometa...), zajmę ją wypiekiem ciastek na odpust. Dziś wieczorem dziewczyny jadą do Lwowa. W piątek ma przyjechać ekipa z Krakowa, w tym moja siostra, oraz o. Jan z tutejszą młodzierzą, w sobotę jedziemy na otwarcie nowego instytutu prowadzonego przez dominikanów w Kijowie, a ja bilet mam kupiony na niedziele. Za oknami deszcz, w tle cudowna muzyka (Pie Jesu w wykonaniu chłopca z Pana od muzyki...) i zapach szarlotki, w około wesołe twarze, a we mnie pokój. Nie chcę jechać.... Sciskam Agnieszka
poniedziałek, 13 sierpnia 2007
Jak biec do końca....
Wczoraj odkryłam, że jest tu tez polska klawiatura :D w czas... Myśli o powrocie napełniają mnie przerażeniem. Próbuje nie myśleć, ale bilet już kupiony, impreza pożegnalna zapowiedziana. No i tak. Uwielbiam niedziele. Wspólna, uroczysta msza rano, potem sielana caly dzien, specery, herbatka i ksiazka na schodach przed domem, a wieczorem z Chin wrócił Andrej Khorsik, czekalismy na niego do północy znowu grajac w mafię. Opowieśći fantastyczne i zabawne. Radość. A zaraz jadę do Mary S. a w zasadzie do jej Babuszki, ktora mieszka całkiem niedaleko stąd. Na dni dwa, moze trzy. Zobaczymy jaka pogoda będzie. Ale chyba strasznie chcę być TU, jak najdłużej się da. Lecę się pakować. Z Bogiem. Agnieszka
czwartek, 09 sierpnia 2007
cisza i wiatr, slonce i radosc, deszcz na twych skroniach, coz wiecej moglbys chciec...?
Kolejny idzie dzien... Bez nowosci, pisze po prostu zeby napisac... Ze tesknie ale trudno bedzie mi stad wyjechac, ze jest spokojnie, dzieci malo, spedzam czas na ogladaniu filmow po rosyjsku (m.in. Milczenie owiec i Wichry namietnosci) piciu piwa, jedzeniu arbuzow (zjadlam pol arbuza lyzka, za jednym razem, tak jak zawsze marzylam!!!), graniu w mafie i rozmowach. Ludzie tu... Super.
Ale Wy tez super, wiec wroce. Juz niedlugo.
Sciskam, z miloscia
Agnieszka
wtorek, 07 sierpnia 2007
Ukrainska Nowa Zelandia
Duzo rzeczy do napisania, a czasu malutko, wiec wybaczcie balagan, ktory tu zapewne zaraz zapanuje. W weekend odpoczywalam, choc niechateni mnie stad wypuszczono ;) Fajny dzien w Kijowie, a w piatek podroz do babci Vladika. Wystarzy powiedziec, ze z maista wyjezdzalismy 3 godziny (najpierw korek mojego zycia, jakies pol kilometra w dwie godziny, potem kierowca sie zgubil :/ tak, tak, w Kijowie wciaz jeszcze...) A od Kijowa to jeszcze z 3,5 godziny. Byl upal, nie bylismy za bardzo przygotowani na tak dluga podroz. Potem jeszcze z 6 km trzeba bylo przejsc. Ale udalo sie i w piatek wieczorem bylismy w Nowozelenej (czyli ukrainskiej Nowej Zelandii). Probuje jakos w myslach ulozyc, co mam Wam napisac, ale zwyczajnie nie wiem... Wies najprawdziwsza z prawdziwych. Trzy krowy, swinie, kury, kaczki, pies, koty. Czy mozecie sobie wyobrazic zycie bez robienia zakupow? Chleba nigdy nie kupuja, zawsze pieka, jajka prosto z kurnika, mleko (wiec i smietana i ser), owoce, warzywa, mieso, ryby lowione z pobliskiego stawu, grzyby nazbierane w lesie. Wszystko na miejscu, domowe i o zupelnie innym smaku... A poza tym tluste jak cholera. I tradycja - gorzalka (oczywiscie tez domowej roboty) do sniadania, obiadu, kolacji... Serio. No i bez mozliwosci odmowy. Nietrudno wywnioskowac, ze dosc powaznie sie pochorowalam. Szczegoly pomine, liczac ze wszyscy wiemy jak od strony sanitarnej wyglada zycie na ukrainskiej wsi. Biezacej wody czy kanalizacji to w zasiegu kilkunastu kilometrow nie znajdziesz. Na szczescie zyje. W sobote wybralismy sie na jagody. Bylo nas czworo - my i kuzyni Vladika, Alosza i Oksana, droga do lasu daleka, a rowerow tylko trzy. Wiec oczywiscie kolejna przygoda zycia - kilka kilometrow na ramie roweru marki Minsk. No i zaden tam asfalt, zwykla lesna droga, pelna rowow, niektorych wypelnionych woda (w jednej kaluzy omal nie wyladowalismy, na szczescie dzieki sprawnosci Vlada wywalilismy sie metr od niej). Nie mialam pojecia, ze bol czterech liter moze doprowadzic do lez... I doszlam do wniosku, ze taki las jest niezbedny do zycia. Ze nie ma lepszej terapii niz godzina spaceru w takiej ciszy i TYM zapachu. Absolutnie niesamowite miejsce. Widzialam mogily dwoch snajperow, ktorzy podczas II wojny zastrzelili siebie nawzajem z odleklosci 500 metrow, wysluchalam historii o strachu przed Niemcami, ukrywaniu sie w lesie, palonych wioskach i swiscie kul przelatujacych metr od glowy... Babcia nie mogla mi uwierzyc, kiedy mowilam, ze nie mam w domu pieca... " To jak pieczecie chleb? Jak suszycie jablka, grzyby?" I bylo to absolutnie autentyczne zdziwienie. " A Ty masz krowe?" No kosmos. A teraz znowu TU, robimy przemoblowania i porzadki w domku, trzeba jeszcze umyc basen i wyplewic kilka grzadek, wiec uciekam, bo i tak przebimbalam sporo czasu. Pa! Agnieszka
środa, 01 sierpnia 2007
Schodzimy na Ziemie
To jak w zwiazku dwojga ludzi, najpierw jest fascynacja, zakochanie, nie widzi sie wad albo wydaja sie niewiele znaczace, po prostu chodzimy kilka centymetrow nad Ziemia. A potem mija ten niezwykly czas i przychodzi konfrontacja z rzeczywistoscia. Zazwyczaj trudna i kryzysowa. I mozna z niej wybrnac na dwa sposoby- albo rzucic to (te osobe) co okazuje sie byc nieco inne, niz nam sie wydawalo, albo pokochac tez te trudne aspekty. Chyba przyszedl czas takiej konfrontacji dla mnie, koniec zauroczenia Fastowem... Jak z tego wybrne? Ktora droge wybiore? Pytanie jest w zasadzie retoryczne ;) Ale na razie na pewno musze odpoczac. Chyba pojade na weekend do Babci Wladika, na wies. Tylko pogoda tak podla, i zimno i pada... Wczorajszy dzien mocno zmeczyl, pewnie tez dlatego ten kryzys. Bylam z dziecmi w zasadzie bez przerwy 8 godzin, nasze przedstawienie calkiem niezlym ubawem sie okazalo, witani nim widzowie byli zadowoleni, a to najwazniejsze. Wieczorem przyjechali br. Dawid, o. Tomek i o. Rafal z czterema osobami z Rosji, z Sankt Peterburga. Jak na slowianska przyjazn przystalo siedielismy przy stole do drugiej. Potem padlam. A dzis cudowny prezent, przyjechaly dwie studentki z Warszawy, pierwsze wrazenie super, mysle ze tym razem uda sie nam wspoldzialac sprawnie i skutecznie :) Lece na nieszpory! Paka! Agnieszka
wtorek, 31 lipca 2007
Dzieki Ci Panie za roznice cisnien!
Och... Musze opisac niedzielne wrazenia, bo tak szybko wszystko z glowy wylatuje pod naporem kolejnych! Tak wiec zaczynam opowiesc: Rano obudzil mnie deszcz. Za oknem bylo okropnie, zimno i mokro. Przy stole sniadaniowym ojciec Wlodzimierz poprosil, abym jednak zostala w domu, bo on bardzo malo spal tej nocy i boi sie ze zasnie za kierownica, czyli chce ocalic jak najwiecej zyc. Potem zeszlismy na temat smierci i tego, ze ludzie o niej nie mysla nigdy, tak jakby w ogole miala ich nie dotyczyc. I ze chyba malo kto jest gotowy... Zawsze z ojcem jezdzi tez nasza droga siostra Damiana. Pojawila sie po 15 minutach, pytajac czy zrobilam kanapki dla nas wszystkich i zeby sie nie wyglupiala i koniecznie jechala. Wiec postawilam sie ojcu, mowiac: jestem gotowa. i na jedno i na drugie. Wyruszylismy o 10. Razem z nami jechal Pan Jezus (jak zazartowal ojciec, skoro Syn, to i Ojciec, i Duch, bo Oni nierozlaczni). Tzn wierze, ze zawsze sa z nami, ale tym razem byla to obecnosc fizyczna, gdyz ojciec wiozl Najswietszy Sakrament dla chorego. I musze powiedziec, ze bylo to niesamowite, swiadomosc tego byci a Jego w tym samochodzie... No extra. Najpierw pojechalismy do Taraszczy. Z godzine drogi od Fastowa. Miasto niewielkie, ale ma i dom kultury, i kosciol... Tylko ze w tym kosciele od kilkudziesieciu lat miesci sie szkola muzyczna. Parafianie walcza o to, zeby choc raz w tygodniu, w niedziele, udostepniono im budynek kosciola, aby mogli w nim odprawic msze. Bezskutecznie. Wczoraj jedna z gorliwych parafianek zbierala podpisy na kilku petycjach, do ministrow, prezydenta... Poki co dwadziescia pare osob zbiera sie co tydzien w niewielkim domku cudownej pani Olgi, ktora udostepnia swoje dwa niewielkie pokoje aby taraszczanie mogli uczestniczyc we mszy. Parafianki sa w ogole cudowne, daly nam tyyyle pysznego jedzenia, ze ojej. Prosto z Taraszczy pedem do Popilni. To z kolei 1,5 godziny drogi. Kidy zmowilismy wszystkie mozliwe modlitwy, ojciec, zeby nie zasnac zaczal spiewac na znana melodie: Dzieki Ci Panie za zakrety, dzieki ktorym musimy zwalniac, Alleluja! Dzieki Ci Panie za te chmury, cumulusy i pierzaste, Alleluja! Dzieki ci Panie za roznice cisnien, dzieki ktorej mamy wiaterek, Alleluja! itp, itd. Kto zna ojca, moze sobie wyobrazic jak z siostra Damiana pokladalysmy sie ze sniechu. W Popilni jest juz lepiej z lokum, bo kilka lat tamu Kosciol zakupil normalny wiejski domek, ktory przerobiono na kaplice. Wczesniej i tu modlono sie w domach parafian. W Popilni byly chrzciny miesiecznego Pawlika. Wiec przed msza spowiedz rodzicow i chrzestnych. Z 40sto minutowym opoznieniem dotarlismy do Zowtniewe, gdzie wierni parafianie cierpliwie czekali na ojca w podobnej do popilnijskiej kaplicy. Tu juz nie poszlam na msze, tylko pozwiedzac okolice, bardzo swoja droga piekne. Aaa, zapomnialam ze ten ponury dzien stopniowo sie rozjasnial, tak ze w Zowteniewe na niebie nie bylo ani jednej chmurki. Po mszy, gdy wszyscy ludzie juz poszli, usiedlismy we troje w pustej, slonecznej kaplicy i wspolnie zmowilismy nieszpory, z jednego brewiarza. I czulam sie czescia tej ekipy do zadan specjalnych. I bylo to wspaniale uczucie. Droga powrotna byla niesamowita, jechalismy przez takie najprawdziwsze wioski, w ktorych nie ma kanalizacji, a w niektorych domach nawet pradu, ludzie siedza na laweczkach przed domami wspolnie cieszac sie zyciem, kilka razy droge zatarasowaly nam wracajace do domu stada krow... Nie wiem czy w Polsce mozna jeszcze gdzies spotkac taka specyficzna, az zarazajaca spokojem swojskosc. Po prostu zycie. Dzieki Ci Panie za ojca Wlodzimierza, ktory szczesliwie dowiozl nas do domu, Alleluja! Wrocilismy przed 21, po pokonaniu 270 km, wymodleniu ze 150 zdrowasiek i spotkaniu kilkudziesieciu zdeterminowanych, wiernych, pieknych chrzescijan. Wow. Wczoraj rano ojciec Wodzimierz wyjechal do Polski. Przez pielgrzymke, wspolna droge z Kijowa, wczorajsza wyprawe i w ogole, jakos tak od poczatku, od pierwszego przybycia tu, jest mi szczegolnie bliski i czulam ze zawsze moge liczyc na Jego pomoc i wsparcie. I niezle sobie z Nim pozartowac :) Wiec ten wyjazd jakos tak mnie przygasil. Wieczorem z kolei Fastow opuscil ojciec Jan. Wniosek z tego taki, ze cala noc bylam w klasztorze SAMA!!! Czyli niemalze przeorysza. Rano obudzil mnie dzwonek do drzwi - jakis brat - chyba byl mocno zdziwiony zastanym stanem rzeczy :) Ale dzis wracaja ojcowie Tomasz i Misza, znow bedzie weselej. Wracajac jeszcze do niedzielnej wyprawy, po drodze mijalismy cos, co chcialam zobaczyc od kiedy tylko wiem o istnieniu tego. Tzn. wielkie pola slonecznikow. Tak naprawde piekne beda za jakies dwa tygodnie, bo kwiaty jeszcze nie sa jeszcze rozwiniete. 
W takim domu zamieszkam, jesli dane mi bedzie zyc tu... Cudnie, prawda? Poniewaz dzieci bardzo stesknily sie za ojcem Misza, postanowily zgotowac mu gorace przyjecie i przygotowuja przedstawienie. I ja dostalam w nim role... Jestem zla macocha! Czyli zgodnie z moja natura ;) Niestety, jeszcze nie udalo mi sie wyuczyc roli :/ A o trzeciej premiera! Zatem pomykam chociaz przeczytac ten tekst, bo do plynnego czytanie po ukrainsku jeszcze troszke mi brakuje. Ciomaju! Agnieszka
sobota, 28 lipca 2007
Spokojnie
Choc coraz trudniej, jest tu madrze i uczaco, kazdego dnia dowiaduje sie czegos o sobie, o swiecie, o innych, o Bogu... Roznego rodzaju rozczarowania i radosci, spotkania i rozstania, jakas wrogosc i ogrom milosci... Wszystko na raz. Znow wroce stad inna. Ale chyba troche bogatsza, taka mam nadzieje. Kijow piekny. Jak zwykle zreszta, jestem nim zachwycona. Ale pierwszy raz wyladowalam w ogrodzie botanicznym, ktory jest czarujacy. Ogromny, cichy, czysty i spokojny. Zamierzam znow odwiedzic Kijow w nastepnym tygodniu i caly dzien spedzic na pikniku w tymze ogrodzie. Poza tym spotkalam br. Adama, ktory bardzo cieplo przyjal mnie na Boricziw Tik czyli klasztorze, w ktorym nocowalam(ej, moze czyta to ktos z mojej pierwszej ekipy Kijowskiej, tzn z prymicjii o. Petro? pamietacie ojca Stanislawa, hrabiego i sportowca? teraz jest w Fastowie, hehe). W ogole Kijow jest cool. Jutro wybieram sie z ojcem Wlodzimierzem na jego cotygodniowy objazd. Bo poza Fastowem, dominikanie "obsluguja" jeszcze trzy inne parafie, czyli w praktyce wyglada to tak, ze ojciec cala niedziele spedza w drodze, zatrzymujac sie w roznych miejscowosciach, aby odprawic msze i spotkac sie z parafianami. Mysle, ze moze to byc ciekawe doswiadczenie, zobaczenie pracy misjonarza "w terenie", poznanie ludzi, miejsc... Ale poza tym na pewno bedzie meczaco. Bo upaly wrocily. Z Warszawiakow zostala trojka, teraz siedza w Kijowie, jutro zamierzaja wpasc na kilka godzin, a wieczorem maja pociag. Nowi maja sie pojawic w srode. Wiec poki co jestem i bede sama. Czyli tak, jak wole (osobowosc antyspoleczna sie ujawnia...). Spokojnie i cicho. Zamierzalam byc skromna i sie nie chwalic, ale poniewaz kilkoro z Was czeka na te wiesci, to sie pochwale. Jestem studentka pierwszego roku ukrainoznastwa na UJ :) To male szalenstwo, ale jestem dobrej mysli. Jak zwykle :) Dziekuje Wam znowuz. Czasem patrze na statystyke wejsc na te strone i jest tego sporo. Zastanawia mnie, na ile zagladaja tu moi bliscy, znajomi, na ile przypadkowo natrafiaja inni... Tak czy inaczej za kazdym razem robi mi sie cieplej, jakby Wasze mysli (mam nadzieje, ze cieple) docieraly do mnie i otulaly... Mam w sobie taki jakis niezwykly spokoj, cicha radosc i pewnosc jutra, jesli mozna tak rzec. Poczucie bezpieczenstwa. Bardzo chcialabym sie tym z Wami podzielic, bo zdaje sobie sprawe, ze to dosc deficytowy towar. Postaram sie zachowac wiecej i zarazac jak wroce. Choc momentami mam takie nieznane dotad wrazenie, jakbym juz nigdy miala nie wrocic, jakby tego mojego zycia w Krakowie w ogole nie bylo... Bardzo dziwne uczucie. Ale wroce, tzn postaram sie ;) Zycze wszystkiego dobrego Wam wszystkim. Takiego spokoju, jaki ja tu odczuwam. I milosci. Dobranoc. Agnieszka
czwartek, 26 lipca 2007
Wracamy do normy
Chwila wolnego w ogromnym rozgardiaszu, a wiadomosci masa... Chyba powinnam zaczac od sprostowania i zwrocenia naleznego honoru Warszawiakom. Spoko ludzie, i tak naprawde moje rozgoryczenie zwiazene bylo z jednym wichrzycielem, do ktorego wszyscy, jak sie okazalo, mieli jakies pretensje i ktory, slawa Bogu, juz nas opuscil. Reszta pracuje ochoczo i rzetelnie, owszem, troche sie roznimy ale udaje nam sie wspolnie zyc i pracowac. A propos pracy... Ciezka ona. Przedwczorajsza ziemia i wczorajsze roboty budowlancze dzis ostro daly sie we znaki. Zakwasy w barkach, ramionach, lydkach... Silownia za darmoszke! I odciski na dloniach od lopaty i miotly. Drobne dziewczuszki (bo wszystkie jestesmy podobnej postury) i jeden facet probuja zrobic to, co normalnie wykonuje kilka kawalow chlopa ;) Potrzeba tu wielu rak do pomocy. Dziewczyny z Warszawy lada dzien wyjezdzaja, a ja zdaze jeszcze pobyc z dzieciakami. Dzis zostalo mi obieranie kartofli, bo kregoslup troche sie buntuje. Choc po obiedzie moze wroce do tej pozytywistycznej pracy. Kobiety do gruzu! Dziekuje wszystkim za maile, smsy, komentarze... Kochani jestescie, naprawde. Jutro jade do Kijowa. Na chwilke, pobyc i spotkac sie z kims. Pogoda pod psem, pada i wieje, moja karaibska opalenizna zlazi wrecz ordynarnie, Warszawiacy opuszczaja Fastow w sobote, w poniedzialek wraca ojciec Tomek, we wtorek Misza; za to ojcowie Jan i Wodzimierz wyjezdzaja, wiec generalnie najblizsze dni zapowiadaja sie ciekawie. Koncze, choc sporo jeszcze mysli krazy po mojej glowie. Ale moze w weekend uda sie znalezc wiecej czasu na posiedzenie tu i spisanie wszystkiego. Caluje Agnieszka
|
|